Po Starym Świecie nie zostało mi wiele.
Ot ta skórzana kurtka.
Czarna, ma wiele kieszeni.
Bardzo lubiłem w niej chodzić.
Lubiłem słuchać komplementów w stylu: „Fajna kurtka!”.
Dobrze mi było jak było.
W Nowym Świecie już tak dobrze nie było.
A zresztą… posłuchajcie.
Listopad
Nigdy niezorganizowany, niepatrzący w przyszłość.
Cechował mnie pośpiech.
Nie lubiłem siedzieć w miejscu, a każdą wolną chwilę
spędzałem na wypadach ze znajomymi.
Często nie miałem na to czasu, ale kiedy już się zdarzało
wyjść, uwielbiałem każdy moment przebywania z moją cudną zgrają.
Byli tak różni, a tak do siebie pasowali.
Za tym nie mógł stać nikt inny, jak tylko Stwórca.
Piękny był ten Stary Świat.
Pomimo wiecznego pędu zdarzały mi się momenty refleksji.
Wtedy to myślałem co czeka nas po śmierci.
Słuchałem wtedy zawsze muzyki i cieszyłem się powietrzem.
Chociaż cuchnęło spalinami.
Czasami słuchałem śpiewu ptaków, rozmów ludzi.
Naprawdę kochałem powolny bieg zdarzeń. Powolną historię
mnie, kolejnego człowieka.
Oglądałem kolory, słuchałem dźwięki i marzyłem…
Ponad wszystko marzyłem…
Jednak nie o tym co przyniesie przyszłość, tylko o tym co by
było gdyby w tamtym momencie historii stało się inaczej. Jak by wyglądał dzień
dzisiejszy.
Rzadko dobrze sypiałem, a jak już mi się zdarzało miałem
bardzo zimne, stalowe i syntetyczne sny.
I pomimo mojego wstrętu do wszystkiego co związane z
technologią, kiedy śniłem to czułem się jak w domu.
Nigdy nie byłem w stanie tego zrozumieć.
Po prostu śniłem o strasznych machinacjach pożerających
ludzi.
O wielkich tytanicznych robotach, które pięścią miażdżyły
budynki.
O sobie, jako o jednym z nich.
Tych ostatnich snów, z oczywistych powodów, nie lubiłem
najbardziej.
Czas płynął.
Aż nadszedł dzień, kiedy oficjalnie ogłoszono Nowy Świat.
~
Akurat tamtego dnia miałem wolne.
Nie musiałem nigdzie iść, toteż większą część dnia spędziłem
w domu.
W końcu zostałem wygoniony na powietrze.
Miałem pójść coś skserować…
Biegłem więc.
Czułem na twarzy przyjemny, chłodny wiatr.
Miałem na sobie moją ukochaną kurtkę.
Nad moim miastem akurat przelatywał samolot.
I kiedy biegłem, kiedy w spokoju napawałem się chwilą, tenże
samolot rozbił się.
Rozbił się trafiając w kościół, który dumnie stał przy
skrzyżowaniu.
W tamtej chwili zacząłem biec w stronę samolotu żeby (jeśli
komuś udało się przetrwać) pomóc.
Zadzwoniłem na pogotowie.
Ręce mi drżały i jąkałem się. Dyszałem do słuchawki, ale
dzielnie mówiłem w biegu.
Kiedy już dotarłem na miejsce, poczułem bardzo dziwny zapach.
Nie był to swąd płonącego ludzkiego mięsa, ani niczego takiego.
Wokół samolotu roztaczała się chmura dymu, który wdzierał się
w nozdrza i powodował nudności. Im bardziej się zbliżać, tym większe. Czuć w
nim było paliwo i mydło. Palone włosy i plastik. Smar i ludzką krew.
Kiedy wszedłem do środka samolotu, ujrzałem…
Ujrzałem…
Hm… No właśnie…
Tak się zaczynał Nowy Świat…
Ujrzałem kobietę, która przyszpilona do ściany wiła się z
bólu. Dotykana i przypalana metalicznymi pazurami wielkiego robo tycznego
stwora, nie mogła wykrztusić z siebie słowa.
Widziałem rozpacz w jej oczach. Niemy krzyk kiedy patrzyła na
mnie.
Widziałem także przewody, które powoli rozwijały się w jej
skórze i zmieniały z mięśniami.
Widziałem powoli gasnące życie, które po chwili miało
zapłonąć z powrotem ledowymi światłami.
Nie była jedyna.
Rozejrzałem się po samolocie i spostrzegłem, że taki los
tyczył się wszystkich pasażerów.
Kobiety, mężczyźni i dzieci.
Wszyscy skazani byli na męczarnię i wieczną pułapkę we
wnętrzu maszyny.
Zacząłem uciekać.
Za mną zaczął jednak podążać jeden z nich.
I w końcu…
Dopadł mnie.
Bardzo ładnie. Proza z subtelnym posmakiem poezji, przyprawiona melancholią. Może miejscami jest tej melancholii odrobinę za dużo (oj miłujesz ty te wielokropki xd) ale tekst trzyma satysfakcjonujący poziom, a i zgrzytów brak.
OdpowiedzUsuńBardzo ładnie. Proza z subtelnym posmakiem poezji, przyprawiona melancholią. Może miejscami jest tej melancholii odrobinę za dużo (oj miłujesz ty te wielokropki xd) ale tekst trzyma satysfakcjonujący poziom, a i zgrzytów brak.
OdpowiedzUsuń